Powakacyjny post


No i się skończyły.
Jak co roku za szybko.

Co prawda moja współlokatorka Marcelina twierdzi, że wakacje mają tylko uczniowie i studenci, ale ja też byłam na wakacjach.

Fakt, że od 29 czerwca do 29 sierpnia miałam tylko jeden dzień wolny od pracy, ale praca odbywała się w miłych okolicznościach przyrody 😉

Większość tego czasu spędziłam w Kurkach, na Mazurach. Pomagałam bratowej w sklepie, a mieszkałam u mojej mamy w Stadninie Koni.
Dużo pracy, ale wystarczyła chwila przerwy by mieć naprawdę wolne. Wsiadałam na rower i po kilku minutach byłam już nad jeziorem albo w lesie.
Miejscowość Kurki znajduje się w Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej i jest otoczona przez kilka jezior. Leży nad Kiernozem Wielkim, niedaleko stąd do mojego ulubionego jeziora Święte czy Łańskiego.
Nazwa Kurki, wbrew temu co wszyscy myślą, nie pochodzi od ptactwa domowego czy pysznych grzybów ,(których, nota bene, sporo w okolicznych lasach) a od bóstwa Kurcho, czczonego przez Pruskie plemiona, dawniej zamieszkujące te okolice.
Przy okazji znalazłam tai oto wpis o naszym Kurcho.

A tak Puszcza Napiwodzko-Ramucka wygląda jesienią:

Prawda, że przepięknie?

Spędziłam też siedem dni na Tour de Pologne, jak w zeszłym roku.
Fajna praca i fajny czas.
Kibicowałam Rafałowi Majce i wygrał ten wyścig w pięknym stylu dostarczając kibicom niesamowitych emocji.

Jedyny mój wolny dzień tych wakacji spędziłam w Krakowie.
Spędziłam cudowny wieczór na Kazimierzu, zjadłam śniadanie nad Wisłą, obejrzałam wystawę o Stanleyu Kubricku, a na koniec wypiłam dobrą kawkę w Tekturze 😀 a wszystko to w towarzystwie miłego Pana B. . którego poznałam w te wakacje.

Wolny dzień w Krakowie

Przez pracę na Mazurach, nie udało mi się uczestniczyć w  wielu fajnych imprezach jak np. Małopolski Festiwal Smaku czy Festiwal Smaku w Grucznie., ale też poznałam kilka fajnych osób, a niektóre z nich mocno mnie zaskoczyły. Np. Pan Grzegorz przysłał mi rocznicową koszulkę Powstania Warszawskiego, tak po prostu, bo o tym rozmawialiśmy 🙂

A Wy braliście udział w jakimś smakowitym wydarzeniu?

Teraz czas na pracowitą jesień. Oprócz gotowania planuję wreszcie zakończyć pisanie mojej pracy inżynierskiej. Chcę też wprowadzić kilka zmian na blogu.
Z pomocą przychodzi mi konkurs Uli Phelep i Karoliny z bloga „Żyj Kochaj Twórz”.

W konkursie można wygrać pomoc dziewczyn przy poprawie wyglądu bloga i jego prowadzeniu.
Trzymajcie kciuki, żeby się udało 🙂

Od Uli dowiedziałam się, że Francuzi często liczą rok od września do sierpnia.
Tak samo jak my zimą, oni na koniec lata robią „noworoczne” postanowienia.

Może warto zaplanować coś na jesień albo z nową energią wrócić do działań przerwanych przed wakacjami?

Oprócz wyżej wymienionych, mam jeszcze kilka pomysłów i zamierzam je zrealizować.
M.in. wziąć się porządnie do nauki hiszpańskiego.

A Wy jakie macie plany na nadchodzącą jesień?

Życzę Wam powodzenia i biorę się za swoje.

Wrocław po raz pierwszy i Europa na Widelcu

Wspominałam, że nie dawno spędziłam przedłużony weekend we Wrocławiu. Pretekstem do wyjazdu był odbywający się tam festiwal Europa na Widelcu.
Przy okazji mogłam wreszcie odwiedzić Wrocław, w którym nigdy jeszcze nie byłam, a zbierałem się do niego już od kilku lat.

Jadąc tam czułam, że się zakocham i faktycznie tak się stało.
Nie był to żaden ciemnooki mężczyzna , a Miasto Stu Mostów, jak nazywany jest Wrocław. Ciekawe ilu wrocławian zna nazwy wszystkich?

W Warszawie jest prościej, bo Wisła jest jedna, nie ma odnóg i kanałów, a przekroczyć ją można którymś z tylko dziewięciu mostów. A i tak mało kto wie, który most nosi imię Generała Berlinga.
Wiecie który?

Wizytę we Wrocławiu zaczęłam od koncertu Linkin’ Park na wrocławskim stadionie, na który zabrała mnie Kasia. To ona przygarnęła mnie na cały weekend.

Zabawa była przednia, koncert bardzo fajny.
Niestety dotarłam do Wrocławia dość późno i nie udało mi się wziąć udziału w konferencji „Europa regionów. Polska regionów”, a podejrzewam, że była ciekawa.
W piątek od rana wybrałam się na wrocławski rynek.
Ponieważ główne wydarzenia związane z festiwalem zaczynały się popołudniu,  miałam dużo czasu by pochodzić po uliczkach otaczających rynek.
Uwielbiam kręcić się po różnych zakamarkach chłonąc panującą tam atmosferę. Lubię zwiedzać sama, bez przewodników i towarzystwa. Usiąść na ławce albo w kawiarnianym ogródku i obserwować ludzi i miasto.

Tego Pana kilka dni później spotkałam w Warszawie 🙂

 

Głównym tematem pierwszego dnia festiwalu były szparagi i truskawki. Dlatego, gdy zobaczyłam pęczek dorodnych szparagów na festiwalowym straganie nie mogłam się im oprzeć.  Musiałam coś z nich przygotować. Padło na pyszne risotto ze szparagami i kolendrą.
                                                                                 

Wieczorem znajomi postanowili pokazać mi Wrocław z wysokości. Odwiedziliśmy Sky Tower, najwyższy budynek we Wrocławiu i zarazem w Polsce. Tak, tak, jest wyższy od Pałacu Kultury i Nauki.

Widok ze Sky Tower

Kolejny punkt wieczoru to fontanny multimedialne,  ale zanim dotarliśmy w okolice Hali Stulecia spacerowaliśmy po Ostrowie Tumski i spotkaliśmy  latarnika. Kasi nie udało się to odkąd mieszka we Wrocławiu, a tu proszę.

Wieczorny pokaz fontann też był wyjątkowy. Dlaczego? Bo specjalnie na moją wizytę zwykły pokaz okraszono fajerwerkami. Uwielbiam fajerwerki!

Przed Halą Stulecia
Mała fontanna

Wieczór zakończyliśmy pysznym piwem w Szynkarni na św. Antoniego 15. Pyszne piwa i ciekawe przekąski do niego. Na miejscu można też kupić fajne wędliny i sery. 
Wejście do Hali Targowej

Sobotę zaczęłam od odwiedzenia Sławnej Hali Targowej we Wrocławiu.

Wnętrze hali
Następnie wizyta na ul. Włodkowica 9. Zapamiętajcie ten adres jeśli lubicie dobrą kawę, nazwę Cocofli zapamiętać trudniej ;). Pod tym adresem znajdziecie świetną kawiarnię. Oprócz rewelacyjnie zaparzonej kawy (tu napijecie się alternatywy) znajdziecie spory wybór win i książek, bo miejsce to z założenia jest winiarnią i księgarnią.
Zabawiłam tu prawie dwie godziny rozmawiając o kawie i nie tylko.
Popołudnie spędziłam wśród dań z całej Europy.
Wybór był bardzo trudny, a porcję tak duże, że nie było możliwe zjeść więcej niż dwa, trzy dania. Wybrałam pyszną polentę z serem i dodatkami (Balmos z Transylwanii) i pieczeń wieprzową z kiszona kapustą i ziemniakami (Kasseler Rippchen z Brandenburgii). Miałam jeszcze ochotę na rosół z knedlem wątrobianym z Tyrolu, ale już się nie zmieścił :/ 

Na wrocławskim rynku można było upiec swój własny chleb.

Blogerzy biorący udział w Weekendzie ze Smakiem na scenie.

Gdy już się najadłam, dołączyła do mnie Kasia i odbyłyśmy przejażdżkę po Wrocławiu zabytkowym tramwajem, odwiedziłyśmy knajpiane zagłębie mieszczące się w nasypie kolejowym, a kolację zjadłyśmy w Szajnochy 11 (adres taki sam jak nazwa). Świetna Susharnia. Lubię odrobinę mniej słodki ryż, ale ogólnie było przepysznie.
Za to, że ledwo się wytoczyłyśmy odpowiedzialny jest pewien shushimaster. Ciągle nam coś proponował i dokładał, trudno było mu odmówić.

Wracają do domu zahaczyłyśmy o jeszcze jedno fajne miejsce na Szlaku Piwnym Wrocławia, pub Kontynuacja.

Niedziela zaczęła się od spaceru po ogrodzie japońskim. Wybudowano go na Wystawę Stulecia w 1913 roku. Fajne miejsce na mały spacer choć w taki upał lepiej posiedzieć przy fontannach, które znajdują się kilka kroków dalej.

Faworyt gonitwy o puchar –  Silvaner

Partynice to tor wyścigów konnych we Wrocławiu.

 Akurat w niedzielę odbywała się gonitwa o Puchar Prezydenta Miasta Wrocławia dlatego spędziliśmy tam, ze znajomymi, całe popołudnie. Od kilku lat wybierałem się na warszawskie wyścigi, udało się dopiero we Wrocławiu.

Bomba poszła w górę!

Wieczorem jeszcze mały spacer wzdłuż Odry na zakończenie świetnego weekendu we Wrocławiu.
Rano musiałam się już zbierać do domu.
Ostatniego dnia doszłyśmy z Kasią do wniosku, że to Wrocław zakochał się we mnie, skoro przygotował dla mnie tyle atrakcji 😉 Zakochał się, ale na szczęście ze wzajemnością 😀

To była moja pierwsza wizyta we Wrocławiu, ale na pewno nie ostatnia.
Tym bardziej, że nie zdążyłam odwiedzić Browaru na Kasztanowej 😉

Taki obrazek ujrzałam idąc do Cocofli.
Ciekawe 😀

Tiramisu

Jesienią przygotowałam tiramisu na specjalne zamówienie mojej mamy.
Było pyszne!
Tym razem przygotowałam ten deser inaczej.
Według przepisu Akademii Smaków.

Tiramisu to włoski deser, który zwyczajowo spożywa się na drugie śniadanie.

Jednym z miast uważanych za stolicę tego deseru jest Wenecja.
Według legend tiramisu było ulubionym daniem dożów.

Na świecie rozpowszechniło się w czasie II Wojny Światowej, gdy włoscy żołnierze, przebywający w alianckich obozach, dostawali tiramisu w paczkach od rodziny.*
Nazwa tiramisu w bezpośrednim tłumaczeniu brzmi: „podnieć mnie”.
Czyli to deser poprawiający humor 😉
Tym wspaniałym deserem można uczcić każdą okazję, nie tylko Walentynki.
Dlatego przewrotnie publikuję przepis dzień po Święcie Zakochanych.
Tiramisu
Składniki:
(6-8 porcji)
  • 0,5 kg serka mascarpone
  • 7 żółtek
  • 100 gram cukru
  • pół filiżanki bardzo mocnej kawy
  • 10 ml likieru amaretto lub innego alkoholu /z przyjemnością dodam whisky/
  • biszkopty lub amaretki (opcjonalnie)
  • kawa do moczenia biszkoptów
  • kakao
  • dekoracja np. top mięty
Z żółtek i cukru ucieram kogiel-mogiel.
Używam tradycyjnie makutry, ale spokojnie można utrzeć za pomocą odpowiedniej końcówki w mikserze lub w robocie domowym.

Cały czas ucierając dodaję powoli gorącą kawę wymieszaną z likierem.
Dodaję serek i ucieram, aż wszystko ładnie się połączy.

deser z mascarpone

Amaretki namaczam w kawie i układam na dnie naczynia.
Na ciastka wylewam utartą masę i posypuje wierzch kakao.
Można też posypać utartymi wiórkami czekolady.

Według mnie ten krem jest tak pyszny, że biszkopty nie są już potrzebne, dlatego polecam to tiramisu osobom na diecie bezglutenowej i bezpszennej.

Czy tiramisu poprawi Wasz nastrój?
Mam nadzieję, że nie ma potrzeby, wystarczy, żeby smakował 😉

Smacznego weekendu!
*źródło – Wikipedia.org